![]() Wróć do spisu artykułów: Artykuły lub do Aktualności. Jednym szeptem Marek Grzelka 20.02.2010
Gdyby napisać, że przyjedzie Cristiano Ronaldo polskiej lirycznej ciemności, pewnie dałby mi serdecznie w ryj. Gdyby nazwać w jakikolwiek sposób owego jegomościa, ograbiłoby się go z niego samego. Chłop, którego nie wypada określać, bo zęby nie grzyby... a tym trudniej zbierać je połamanymi rękami - jak zwykł mówić. Był to bodajże rok jakiś 1996, pamięć może jednak płatać figle. Na pewno był to Zeppelin, w swoim drugim wcieleniu po dużej sali, w tej małej, tam gdzie dziś pracownię plastyczną ma pani Graszka. Wpadłszy tam zobaczyłem chłopaka mniej więcej w moim wieku, ale włosy miał na wskroś krótkie w przeciwieństwie do mnie. On w kremowym sweterku z warkoczami, ja w płaszczu z lat 60-tych, bo był hajowy, więc na przekór rzeczywistości nosiłem. Twarz chłop miał polską. Ale jednak wzrok nie barana. Kazał sobie postawić na barze pięćdziesiątkę z zaznaczeniem, że jej nie wypije, że będzie patrzył. Bo wtedy już miał kolczaste druty przymusowego niepicia wpięte w plecy - lub jak kto woli wszywkę. Wódeczkę i tak wychylił. Zagadaliśmy. Jam był świeżo skończonym choć ponoć perspektywicznym piłkarzem, który porzucił sport dla poezji z racji uczestnictwa w bandzie zwanej filologią polską. On był chłopakiem ze Świdnika, który w mordzie miał taką moc, jak ja w swojej lewej nodze, on porzucił hydraulikę rur na rzecz hydrauliki żył zbyt pełnych szczerej krwi.
Przyszedł wiek XXI. I jakkolwiek był w Nowej Soli, wpadał do mnie. Jak koncertował albo i jak nie koncertował. Bywał. Ale był wtedy już dyrygentem wiru w przerębli. Już wtedy siedział w wannie wody życia z wyciągniętym korkiem, który rzucił w kąt. Albo inaczej - zrobił z tego korka breloczek do kluczy, które drzwi swoich nie miały, ewentualnie drzwi sześciokątne, dwuklapowe, lipowe, ogólnie zwane trumną. Piliśmy wódkę nad Odrą w sierpniu w pełnym słońcu, flaszka leżała w pełnym nurcie dla chłodu, paliliśmy wagony papierosów, a on podśpiewywał, a echo odbijało się z drugiego brzegu i to są chwile, które przypomną mi się w jasnym tunelu na zejściu. Kupowaliśmy małe wódki jak jeździł ze mną na mecze, bo taką miałem (i mam jeszcze) pracę, w sklepach potrafił wdepnąć w odpadłą kartkę z napisem "znicz 4.99zł" i tak z nią chodził, co pasowało do jego grobowej kariery, a potem szedł na trybuny, śpiewał najgłośniej na całym stadionie i po pierwszej połowie trzeba było uciekać, bo do kibiców tubylców krzyczał: "śpiewacie jak poznańskie słowiki". Ale wciąż miał traktor, wciąż miał zapięty pług, którym w duszy orał. Partyzantka. Tak siebie określaliśmy. Talibowie, co walczą ze światem słowem i byciem. Ale on był ekstremistą. Takim, że aż prawie w kalendarz kopnął tak, jak ja niegdyś moja pamiętną lewą nogą. Tak się napił, że mu się odechciało. Nie - że picia, bo już nie był spragniony. Życia. Bo już mu się nie chciało więcej chcieć. Miał dość. I jak zmartwychwstał, tak pnie się jak alpinista. Wyszedł z grobu, wszedł na pomnik, na drzewo, potem na dach kamienicy, na antenę (telewizyjną i radiową), łapie wiatr za łeb, skrobie chmury. Łapie w palce gwiazdy, słychać aż, jak przeciera je w dłoni, jak rozciera je o struny, jak pyłem z nich prószy głos. Po wielkiej wojnie, którą cudem wygrał, zazębiło się jeszcze bardziej. Dolna szczęka zaszła daleko za górną. Taki zgryz nic nie wypuści. Nieprzejezdne wnyki. Po ostatnim koncercie w Nowej Soli grono kompanii braci się powiększyło. Przyjeżdża tu w czwartek, bo w piątek w zielonogórskim BWA gra koncert. Marek Dyjak. Jedyny człowiek na świecie, co wywinął się na lewą stronę i okazało się, że ciągle jest taki sam. |